Tematy bez odpowiedzi | Aktywne tematy Teraz jest Niedziela, 21 Października 2018, 04:59


Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
[Monodram] Faul 
Autor Wiadomość
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 Lutego 2009
Posty: 3218
Odpowiedz z cytatemOdpowiedz z cytatem
Post [Monodram] Faul
  Wysłano: Wtorek, 2 Marca 2010, 21:37
Cytuj:
Faul

czyli: Stary niedźwiedź mocno śpi...


Duzej czesci tego tekstu bede sie uczyl, bede przedstawial na jakims smiesznym konkrusie,mniejsza. Chodzi o to ze nie wiedzialem jaki tekst dostane, nastawialem sie na jakies kijowe romansidlo z zamula niebywala a tutaj prosze polonistka uraczyla mnie mocno nasaczonym erotyka tekstem ktory nie jest zamulkowy a na pewno bedzie kontrowersyjny na konkursie gdzie w jury zasiada panie po piecdziesiatce.Tematy dotyczace kibicowania mysle sa nie do konca tak przedstawione jak to jest na prawde. Zapraszam do czytania, wyrazania opinii, ponizej link do strony gdzie znajduje sie tekst, wkleje go tez tutaj jesli komus nie chce sie skakac po stronkach.

http://www.malgorzata-golabek.net/7.html

Cytuj:
Małgorzata Gołąbek

Faul

czyli: Stary niedźwiedź mocno śpi...



Pokój - chaotycznie, radio, laptop, widoczne drzwi do łazienki. Przy oknie stoi mężczyzna. Odwraca się. Jest wzburzony.


Kibol!

Nazwała mnie kibolem. Moja kobieta, kobieta, którą kocham i która twierdzi, że mnie kocha, nazwała mnie kibolem!

Ale nie chodzi o to słowo, lecz o sposób, w jaki spłynęło jej ono z ust, o to wydęcie warg, nieznaczne, lecz doskonale dostrzegalne rozszerzenie nozdrzy, z równoczesnym zmrużeniem oczu, jakby nie mogła uwierzyć w smród, który czuje, i od którego za chwilę odwróci się ze wstrętem. To brzmiało, jak najgorsza obelga i było też tak pomyślane. Sposób, w jaki przeszło jej to przez wargi, nie miał nic wspólnego z miłością!


A przecież takiego mnie poznała. Tak, jestem kibicem i nie wstydzę się tego – jestem dumny, tak jak przyznaję się z dumą do tego, że kocham Ewę, i powiedziałem jej to wkrótce po tym, jak pierwszy raz przespaliśmy się ze sobą – bo moje zafascynowanie nią było tak silne, że nie mogłem i nie chciałem tego inaczej nazwać, a mężczyzna powinien mieć odwagę w nazywaniu swoich uczuć. I chociaż Ewa spojrzała spłoszona, gdy powiedziałem jej to po raz pierwszy, to wiem, że zdobyłem ją tym na zawsze, bo w każdym z nas jest istota, która pragnie być podziwiana i może słuchać w nieskończoność o tym, jak jest piękna i wspaniała, wyjątkowa i jedyna na świecie. To dziecko, ciągle głodne zapewnień o uczuciach, to małe dziecko nigdy nie dorasta i jest uzależnione na zawsze od podziwu i czułości, a im więcej dostaje, tym bardziej się od tego uzależnia, to jest narkotyk, który wysysamy z mlekiem matki. A gdy ona odsuwa się od nas w pewnym momencie, gdy nasze szorskie słowa i gruby głos, późne powroty do domu i śmierdzący alkoholem oddech dławią w gardłach matek tę powtarzającą się do tej pory litanię, to utrzymujące nas przy życiu zapewnienie, że jesteśmy dla świata naprawdę ważni – gdy one, matki, odbierają nam ten narkotyk, wtedy czujemy się wyrzuceni na zimną ulicę życia, i leżąc w kącie na bruku spodziewamy się już tylko ochłapów – aż przyjdzie ktoś, kto podaruje nam wreszcie dawkę – najpierw ostrożnie, a potem pełną miarę, i gdy znowu poczujemy ten rausz, ten nieporównywalny z niczym high odnalezienia się w czyjejś miłości, nie oddamy go już dobrowolnie, nie wyrzeczemy się go i nie pozwolimy sobie odebrać.

Starałem się więc otaczać Ewę moją miłością, jak pająk, jak dealer, aż osiągnąłem swoje i stała się ode mnie zależna.

Ale między zależnością i podległością istnieje subtelna różnica; nić, na której unosi się balon naszego ego, trzymana przez kogoś w ręku jest cienka i wiedziałem o tym, nie liczyłem nigdy na to, że zapanuję nad Ewą w pełni i nie chciałem tego. Pragnąłem, żeby była bliska i zagadkowa jednocześnie, aby przyciągała mnie i odpychała, fascynowała - jak piłka: zależna od gracza a jednak nieobliczalna. I tak też było.

Nieobliczalna! Jej ruchy w czasie i przestrzeni zapewne byłyby do obliczenia przez inteligentny komputer, ale czas, potrzebny do tego trwałby dłużej niż gra, dłużej niż ludzkie życie – bo aby przewidzieć po kolei wszystkie pozycje piłki, należałoby uwzględnić nie tylko wszystkie możliwe następujące po sobie pozycje graczy, lecz i ich siłę uderzenia, kondycją fizyczną, błędy, wynikające nieraz z rozproszenia uwagi, z bólu uderzonej przypadkowo nogi, z myśli o kłótni z dziewczyną poprzedniego wieczoru. Przewidzieć tę w gruncie rzeczy przewidywalną grę to tak, jakby chcieć przewidzieć samo życie właśnie i jest to paradoks, powalający na kolana największych teoretyków. Są sytuacje, których nie wyobrazi sobie wcześniej żaden trener ani milion ludzi, wpatrzonych w wirującą w powietrzu kulę, która od momentu zejścia z nogi po tym wspaniałym akcie wystrzelenia jej przez pospiesznego, szczęśliwego kochanka żyje swoim niezależnym, rotującym życiem i ani on, ani zamarły w gardłach okrzyk wielotysięcznego orgazmu nie mają już na nią żadnego wpływu. Jak na tym meczu Niemców z Argentyną – gdy, zdawało się – stanęła w powietrzu i wstrząśnięta spazmem, a może śmiechem zmieniła w widzialny dla dwudziestu tysięcy zmartwiałych ludzi sposób, powoli i wyraźnie swój prosty tor, i uderzyła nie w słupek, gdzie można by się było przy wkalkulowaniu największego pecha jej spodziewać, lecz daleko od niego, trzy metry z prawej, w głowę zaskoczonego kompletnie gracza obrony, który ostatkiem przytomności odbił ją jeszcze, podając drugiemu i padł wyprostowany i zniewolony. A ona, poprowadzona ciemnymi, pożądliwymi nogami prędkich graczy popłynęła kilkoma płynnymi ruchami aby znaleźć się tam, gdzie odbiwszy się od delikatnej siatki podskoczyła jeszcze dwa razy drżącym spazmem, aż znieruchomiała z triumfem, jakby chciała powiedzieć wszystkim: patrzcie, oto ja, dochodzę gdzie chcę i jak chcę – w bramce przeciwnika.

Nieobliczalna – każdym swoim drgnieniem przykuwająca uwagę, jednym ruchem mogąca zmienić każdy wynik, decydująca o losach graczy i grająca z uczuciami rozszalałych, żądających ale bez reszty oddanych kibiców.

Jak kobieta. Jak doskonała kobieta. Jak Ewa.

Moja kobieta jest wierna ale nieobliczalna i życie z nią jest jak codzienna, pełna napięcia gra. Ewa jest piękna i działa na mnie tak, że nie mogę oderwać od niej oczu i rąk, na jej twarzy odbija się każde uczucie i lubię obserwować jej marszczące się zdziwieniem czoło, ciemne brwi unoszą sią z niedowierzaniem, kąciki ust drgają, powstrzymując śmiech, którym wybuchnie za chwilę, Ewa śmieje się często, śmieje się nawet w łóżku i kocham jej śmiech. Nie ukrywa niczego, rozbiera się patrząc mi w oczy. Nie wstydzi się nigdy, nie porządkuje włosów, nie gasi światła, kocha się ze mną zaraz tam, gdzie ogarnie nas pożądanie, chce mnie mieć zaraz, nie zawsze nawet do końca zdejmując ubranie; pomagam zsuwać jej rajstopy a ona zrywając je niecierpliwie rani nieraz ich śliską siatkę swoimi długimi paznokciami.

Lecz nie tylko seks związał nas ze sobą – kochałem Ewę całą swoją istotą, myślałem o niej stale, myślałem, co mogę zrobić, żeby było jej lepiej – starałem się jej ciągle pomagać, szukałem dla niej potrzebnych jej w pracy informacji w internecie, masowałem stopy, nawet chodziłem z nią godzinami po sklepach, zanim wybrała jedną parę jeansów. To była cała procedura: Ewa znikała w przebieralni, a potem pokazywała mi się w nowych spodniach, i obracając się tyłem pytała: „ Czy mój tyłek nie wygląda za duży? Jak wygląda mój tyłek?”, „- O, twój tyłek wygląda wspaniale, po prostu fantastycznie!”, odpowiadałem szczerze za każdym razem a ona niecierpliwiła się i mówiła, że nie ma ze mnie żadnego pożytku, i że jestem prymitywny jak pierwotny mężczyzna, którego mózg na widok tyłka dostaje tylko jedną informację, ale było to mówione z czułym pożądaniem, bo lubiła tę moją prymitywną stronę i oboje nie mogliśmy się doczekać, kiedy wrócimy do domu.

Ale poznałem również jej inną twarz - zmęczoną, z rozmazanym makijażem, którego nie próbuje nawet poprawiać. Przed okresem zmienia się w istotę tajemniczą, cierpiącą i rozkapryszoną, boli ją głowa, denerwują ją zapachy lub światło, jak zranione zwierzątko zaszywa się w kącie kanapy. Za duży sweter, w którym lubi chodzić po domu spada i odsłania jej nagie ramię, wtedy budzi moją tkliwość ale i pożądanie, muszę opanowywać się, aby nie próbować wziąć jej takiej cierpiącej i zmęczonej. Rysunek jej pełnych warg jest doskonały, ale bywa również zdeformowany i ten widok jest fascynujący - jej wykrzywione jakby bólem usta budzą moją najgłębszą miłość, gdy patrząc mi prosto w oczy wydaje spazmatyczny jęk orgazmu. Potem leży znieruchomiała w zmiętej pościeli, nie przykrywa się i nie zmienia pozycji, oddycha powoli i głęboko, jak wyrzucona na piasek przez morze; jej palce rozchylają się bezwładnie, nogi są leniwie rozrzucone i mogę widzieć, jak po wewnętrznej stronie jej białego uda płynie delikatna strużka mojej spermy.

Oddycha głęboko. . Myśli chwilę, włącza radio, szuka stacji, aż znajduje rockową muzykę. Wychodzi do łazienki. Po chwili muzyka w radio kończy się, podawane są wiadomości :

Radio:

- Nasza reporterka Karolina Kowalska donosi o dramatycznych chwilach, które rozegrały się na warszawskiej starówce po meczu Legii.

- Siedem tysięcy rozwścieczonych chuliganów zdemolowało po meczu Legia - Wisła warszawską Starówkę. Policja interweniowała późno, bo bała się sprowokować większe zamieszki. 58 bandytom postawiono zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza.

Wychodzi z łazienki, ma lekko potargane włosy, słucha.
Zaczęło się już przed meczem. O godz. 20.30 600 osób próbowało wedrzeć się na stadion Legii. Blokujących ich policjantów obrzucili kamieniami. Stu chuliganów zatrzymano.

Do znacznie gorszych zamieszek doszło po meczu, kiedy tysiące kibiców Legii przemaszerowało przez Starówkę, niszcząc pod drodze autobusy i płosząc mieszkańców.

Na Starym Mieście pokazali, co potrafią. Na pierwszy ogień poszły parasole i metalowe ogrodzenia ogródków piwnych, potem stoły, krzesła i szyby. Bezkarni, szaleli na całego. W niebo wystrzelili czerwone race. Mecz jeszcze trwał, gdy ok. godz. 22 grupa bandytów obrzucała kamieniami samochody jadące Trasą W-Z.

Rozruchy w całym mieście trwały do 4 nad ranem. Zniszczono 63 autobusy i dziewięć tramwajów. Straty restauratorów i sklepikarzy sięgają setek tysięcy złotych. Zatrzymano 231 kiboli.

Gasi radio.
- Kibol!
Odrzuciła mnie. Wyrzekła się. Wczoraj byłem jeszcze dla niej najbliższym na świecie człowiekiem, a dzisiaj, jakby zły czarodziej zamienił mnie w obrzydliwą żabę, odwróciła się ode mnie ze wstrętem.
Nie jestem już tym, kim byłem wczoraj. To jest, jak wtedy, gdy wyrzucono cię z dziecięcego pokoju, bo wypiłeś swoje kakao i poszedłeś spać wieczorem normalnie, ale obudziłeś się rano z zarostem i śmierdzącymi nogami: Precz! – dostałeś właśnie łokciem w żołądek i kulisz się z bólu, ale to nie wzbudza niczyjego współczucia. Precz! – tylko czerwienieje ci w oczach, ale zabierasz misia i wychodzisz ze spuszczoną głową, schodzisz na zawsze z boiska, goni cię perlisty śmiech matki, która opowiada właśnie przyjaciółce o twoich kłopotach z trądzikiem.

- Nienawidziłem przedszkola. Bałem się. Najbardziej bałem się zabawy w starego niedźwiedzia. Stary niedźwiedź łapał mnie zaraz, ryczałem i nie chciałem sam zostać starym niedźwiedziem. To był koniec świata – byłem sam, zostawiła mnie, byłem najmniejszy, najsłabszy, mięso niedźwiedzie po prostu, uciekałem i stałem przy oknie, wyglądając, czy wraca po mnie, po policzkach ciekły mi łzy, rozmazywałem je sobie razem ze smarkami po całej twarzy. Przychodziła nasza pani, brała mnie za rękę i na siłę zaciągała mnie do grupy. Nie rozumiałem tego, co się dzieje, nie rozumiałem tekstów, nie rozumiałem żadnego tekstu. Pani brała dwoje dzieci za rękę i biegła, krzycząc: „Wyścigniemy drugą grupę! Prędko, prędko, to ich wyścigniemy!” Nie rozumiałem, co znaczy – wyścigniemy i kto to jest druga grupa. Wszyscy biegli do przodu, tylko ja telepałem się na końcu, niezdecydowany – czy mam zostać z honorem i umrzeć z samotności, głodu i zimna, czy powtarzać te śmieszne ruchy. Musiałem wyglądać jak idiota, szybciej – wolniej, szybciej – wolniej. Tak, to chyba ja byłem drugą grupą...
Dzieci nie lubiły mnie od początku. Poznały się na mnie. Dzieci lubią takich, którzy wiedzą co robią. Nie trzeba zaraz być przywódcą. Ale zdycydowanie jest niezbędne: należy spokojnie i konsekwentnie zajmować z góry upatrzone pozycje. To może być miejsce przy wodzu albo miejsce numer siedemnaście, nie ważne; istotne jest, aby do twarzy był przyklejony uśmieszek zadowolenia a rączki dzielnie wiosłowały w walce o wiaderka i łopatki. To nie musi być zaraz mały rudy okularnik, który stoi z boku i wszyscy go unikają – to chodzi o „z boku”. Kto nie z nami, ten przeciw nam, i inteligentne dzieci wysysają to już z mlekiem matki.

Nie karmiła mnie piersią.
Kobiecym głosem:

- Nie mogłam go karmić, w szpitalu to jeszcze jakoś się dało; przychodziły położne i wyciskały mi mleko, tam mają takie pompy, wiesz, doją kobiety, jak krowy. Ale w domu miałam zaraz zastój pokarmu i mówię ci, to było okropne, kto tego nie przeżył, to nie wie, jaką cenę płacimy za macierzyństwo. Ty też miałaś? Co ty powiesz? To się robi, jak dziecko źle ssie, on od początku był taki dziwny, rzucał się na pierś i gryzł ją dosłownie, na szczęście one na początku nie mają zębów, bo wyobraź sobie, co by było. A potem mu się zaraz odechciewało i zasypiał. Taki jakiś... niezdecydowany. A moje piersi były olbrzymie, jak balony i takie gorące, i miałam 40 stopni.

Wybiega do łazienki, słychać odgłosy wymiotów.

Odetchnęła z ulgą, kiedy znalazło się dla mnie miejsce w przedszkolu. Koniec z wyrzutami sumienia, to dziecko jest takie dziwne, niech się nim zajmą specjaliści.”- No przecież przedszkolanki mają psychologiczne podstawy, prawda?” Oddała mnie na pożarcie.
Czułem paniczny lęk przed zabawami, które były właściwie okrutne i to okrutne celowo: miały przystosować rozpieszczone aniołki do okrucieństwa świata i nauczyć je walki o przetrwanie. Wokół koła wpatrzonych, hipnotyzujących ją wzrokiem dzieci chodziła Ulijanka, wybierała „ kogo chce” i mnie nie chciała nigdy. Inne zabawy były jeszcze bardziej brutalne: często krążyło wokół coś strasznego, wybierając sobie najsłabszych, lub tych, którzy pozwolą się wyrwać z łańcucha. Później nauczyłem się bawić w starego niedźwiedzia i poczułem tę ściskającą w żołądku, trochę niedozwoloną przyjemność czekania przyczajonym, aby we właściwym momencie ze strasznym rykiem rzucić się na innych, dopaść ich i wciągnąć w otchłań klątwy. Przez chwilę cieszyć się władzą i możliwością unicestwienia. Rolą śmierci.
Zrobiła ze mnie starego niedźwiedzia.

Sprzedała mnie, pozbyła się mnie, odrzuciła, wyrzuciła z domu, wyrwała ze swojego serca, wypruła sobie zamiast flaków, żeby dorównać ojcu, cokolwiek to znaczy. Musiała się przecież rozwijać. I ja musiałem się rozwijać.
Słodko i przesadnie:
- Ludzie muszą się rozwijać, kochanie. Każdy człowiek ma obowiązek wobec świata i wobec siebie samego, żeby się rozwinąć. Nie po to Pan Bóg dał nam talenty.

Ale ja nie miałem żadnych talentów. W tym był problem. Jej problem. Patrzyła na mnie czasami długo i z namysłem i pytała:
- Noooo? To zastanów się dobrze, kochanie, kim chciałbyś zostać?
Prędko zrozumiałem, że odpowiedź: „ koparkowym” albo „panem od śmieciarki” jest nieprawidłowa.
- Przecież ty lubisz rysować, prawda? No przyznaj się, że lubisz rysować?
- Myślę, że masz jednak zdolności matematyczne, po tatusiu. Mężczyźni często wykazują inteligencję techniczną.
Słyszałem obrzydzenie w jej głosie, ale nie potrafiłem jej niczym zaimponować. Nie umiałem śpiewać, nie byłem w ogóle muzykalny, moje rysunki były katastrofą a w szkole prędko straciłem zainteresowanie nauką. Byłem nieporozumieniem, nieudanym egzemplarzem i czuło się, że ona zasłużyła na coś lepszego. Kochałem ją ale nie mogłem jej w niczym pomóc.


Wyjmuje komórkę, Wpatruje się w nią i zastanawia się długo, potem telefonuje:

Mama?
Dobrze…
No mówię, że dobrze!
Dlaczego dawno? ...W zeszłym miesiącu...
A co ma być? Normalnie.
A co ma być z Ewą?
Nie zaczynaj ze snami, proszę cię.
Prosiłem cię tysiące razy, żebyś o tym nie mówiła. Może nie zauważyłać, bo jesteś bardzo zajętą osobą, ale ja już dawno dorosłem!
To mnie nie obchodzi! – krzyczy. – Słyszysz? To mnie nie obchodzi! Musisz to sama ze sobą rozwiązać, nie obciążaj mnie tym! Czy ja do ciebie dzwonię, jak mam jakieś koszmary senne? Czy ja płaczliwym głosem mówię do ciebie: „uważaj an siebie, mamusiu kochana, bo tak mi się źle o tobie śniło?” Czy chcesz się zamienić w starą wariatkę, do której będę się bał zadzwonić?
Jak to nie dzwonię? Właśnie telefonujemy!
Łagodniej:
Ja też cię kocham..

Chowa telefon, zrezygnowany. Znowu zaczyna krążyć dookoła pokoju.

- Dlaczego zadzwoniłem najpierw do niej, jak mały chłopczyk? Rozmowy z nią od dawna nie mają sensu. Każda jest taka sama, mogę ją wcześniej napisać i przeczytać z kartki. Straciliśmy kontakt już dawno, pewnie dlatego ma te swoje sny, wyrzuty sumienia zastępują jej kontakt ze mną. Ciekawe, że jej stosunek z moją siostrą, dawniej trudny tak, że nie było tygodnia bez jakiejś strasznej awantury, teraz się poprawił, nagle okazało się, że potrafią ze sobą rozmawiać. To pewnie po tym, jak siostra urodziła córkę. A ja spadłem na drugą pozycją. Na ostatnią. Śmieszne, wcześniej zawsze ona skarżyła się, że nie może dogadać się z matką, że zabrałem jej całą miłość.
- Ja też cię kocham.....

Coż za kłamstwa! Co to znaczy – kocham cię? Czy mam prawo mówić, że kocham moją matkę, jeśli telefonuję do niej dwa razy w miesiącu i to tylko z poczucia obowiązku?
Zabieram się długo do tego, już samo wyobrażenie jej sobie na drugim końcu linii budzi moją niechęć. Tak zbrzydła, nosi te idiotyczne okulary o okrągłych szkłach, w których wygląda jak zaniepokojona kura, i te jej loczki! Nie do wiary, że była kiedyś ładną kobietą!
Nie odczuwam żadnej potrzeby usłyszenia jej głosu. Nigdy. Tylko teraz właśnie. Uspokajające – ogłupiające działanie wyświechtanych, nic nie znaczących zwrotów. Tylko tyle. A jednak tego potrzebowałem. Chciałem zadzwonić do Ewy, ale zamiast tego wykręciłem numer matki. Po to, żeby usłyszeć to, co zwykle, bo bałem się usłyszeć niewiadome; Ewa nie jest jak nakręcona lalka, zaprogramowana, aby mnie kochać.

- Czy matka mnie kocha?
Pewnie mnóstwo ludzi zadaje sobie to pytanie. To nurtowało mnie w dzieciństwie, ale tylko w sytuacjach, kiedy miałem wyrzuty sumienia, bo zrobiłem coś, co mogłoby wywołać jej niezadowolenie – dostałem zły stopień, paliłem papierosy. Dlaczego nie potrafiła zapewnić mi poczucia, że kocha mnie bezwarunkowo? Byłem i tak w lepszej sytuacji, niż siostra: byłem młodszy, musiała się mną bardziej opiekować. Oczekiwała od niej, żeby we wszystkim pomagała, ponosiła odpowiedzialność. Mnie było długo wolno zostać dzieckiem. Ale jej miłość zmniejszała się odwrotnie proporcjonalnie w miarę jak rosłem.
Rosłem ale nic ze mnie nie wyrastało. Patrzyła na mnie tak podejrzliwie, gdy mierząc mnie centymetrem zaznaczała kolejną kreskę na framudze drzwi – dowód winy nie do zaprzeczenia. Kiedyś oburzona moją bezczelnością, a właściwie tym, co brała za bezczelność, a co było jedynie moim rozpaczliwym poszukiwaniem prawdy i sensu, wyciągnęła prędko rękę, aby ukarać mnie jak zwykle i wytargać za ucho, ale musiała podnieść rękę wysoko, i zawstydziła się, została z tą ręką zawieszoną w powietrzu a potem odwróciła się ze złością i wyszła. I odtąd też stał się niemożliwy jeden z nielicznych jej czułych gestów, jakie jeszcze przetrwały z mojego dzieciństwa – przestała mnie głaskać po głowie, bo jest kobietą niewielką i doprawdy, musiałaby podnosić wysoko rękę a może i wspinać się na palce. Unikała mojego wzroku, jakby wstydziła się za nas oboje, za nasz brak miłości i coraz częściej widywałem tylko jej plecy. Gdy czuła ode mnie papierosy albo piwo, robiła te swoje okropne miny i nie rozmawiała ze mną przez pół dnia. Odrzucała mnie!

A może odczuwałem tak, w miarę jak sam przestawałem ją kochać? Może szukałem usprawiedliwień, żeby pozbyć się wyrzutów sumienia? Może już wtedy grałem , odbijałem tę piłkę?

Naśladujące matkę:

- Nie pal, no tak cię proszę, nie pal, to rani moje serce, o tu, tu, czuję każdego twojego papierosa, czy chcesz mnie wykończyć, no powiedz, czy chcesz, żebym się wykończyła przez ciebie?
- Nie, nie mogę ci dać pieniędzy, wiem, że wydajesz je na papierosy albo gorzej jeszcze, musisz nauczyć obchodzić się z pieniędzmi, czego człowiek nie zdobędzie sam, tego nie umie docenić, tak, nie chcę, żeby moje dziecko....

Zmienionym głosem, słodko i przesadnie:
- Nie, nie możesz jeść lodów. Przedwczoraj bolało cię gardło i nie chcemy przecież, żebyś miał znowu anginę, prawda? Musisz uważać na siebie, kochanie, jeżeli będziesz miał anginę, to mamusia nie puści cię w niedzielę z tatusiem na mecz, a to byłoby przykre, prawda, kochanie?

- Oooo! – kopie skrzynkę po piwie.

- Miała mnie w garści. Miała nas obu w garści, od kiedy się rozwiedli, a może od zawsze. Manipulowała mną i wygrywała mnie przeciwko ojcu. Dlaczego aby ukarać jego nie wahała się grać mną, grać przeciwko mnie? Przy tym wiedziała dokładnie, że nie ma dla mnie na świecie nic ważniejszego, niż wspólne pójście z ojcem na mecz, czekałem od spotkania do spotkania, cieszyłem się na to całymi miesiacami wcześniej, tylko to się liczyło, tylko wtedy miałem złudzenie, że jestem dla niego ważny, że się ze mną liczy. Prędko zrozumiałem, że tu jest moja szansa, że jeśli tylko będę dostatecznie dobrze się orientował, stwarzał pozory, że rozumiem, co do mnie mówi, nie zadawał głupich i naiwnych pytań – wtedy stanę się dla niego pełnoprawnym partnerem, i będzie cieszył się na spotkania ze mną, tak samo, jak ja cieszyłem się, że go zobaczę.

Faul... To było pierwsze, czego się nauczyłem. Faaaaul! – krzyczeli wszyscy, gwizdali i tupali, i ojciec też krzyczał, gwizdał i tupał, patrzyłem na niego przestraszony, miałem dopiero kilka lat i to było wkrótce po tym, jak się wyprowadził. Matka nie ukrywała, co myśli o nim, więc i ja odnosiłem się do niego z dużą rezerwą. „Faaaul! – krzyczał, para leciała mu z ust, było zimno, miał czerwoną twarz i czerwone ręce, zaciskał je w pięści, tupał i gwizdał – głośno; wsadził sobie dwa palce w usta i wydawał głośny gwizd, jak ten z sędziowskiego gwizdka. Zazdrościłem mu i bałem się go jednocześnie. Jak ja mu zazdrościłem...

Przerywa, zastanawia się, gwiżdże głośno na palcach. Po chwili:
- Zobaczył w końcu moją minę i poklepał mnie uspokajająco po plecach. „ Co to jest faul? „ – odważyłem się zapytać. „ To jest wtedy, kiedy masz szansę, jesteś blisko, tuż – tuż i szczęście jest z tobą, i po prostu musisz wygrać – a wtedy przeciwnik zabierze ci tę szansę, podstawi nogę, przestaje trzymać się reguł, bo jest gorszy, nie potrafi walczyć fair i nie ma żadnych skrupułów. To jest, jakby cię kolega kopnął poniżej pasa, rozumiesz?”. – wytłumaczył mi. Rozumiałem. Nie umiałem gwizdać, ale krzyczałem z nimi razem, bo sfaulowali naszego zawodnika, a należało się nam zwycięstwo. Faul – to było pierwsze, co nas połączyło.
Kiedyś zapytałem, bo już zacząłem trochę wieęcej rozumieć z tego, co działo się na boisku:
- A my? Czy my też faulujemy?
Popatrzył na mnie ze zdziwieniemi powiedział:
- Jasne, my też faulujemy. Nie widzisz tego? To należy do gry. Najważniejsze jest zwycięstwo. Tyle, że my jesteśmy lepsi i musimy rzadziej faulować, nasze faule są usprawiedliwione, robimy to tylko dla honoru, a w ogóle to się tak nie mówi: mówi się, że sędzia jest niesprawiedliwy.
Zaśmiał się i pociągnął łyk piwa z butelki, a potem coś zalśniło w jego oczach i przytknął mi do ust tę butelkę. Wypiłem łyk i gorycz rozlała mi się w ustach, ale czułem dumę i radość. Od tej pory nie zadawałem już głupich pytań.
Nareszcie znalazłem swoje miejsce. Jak ja się starałem.. Oglądałem mecze w telewizji, słuchałem komentatorów pilniej, niż nauczycieli w szkole, z kilkoma innymi kumplami odpytywaliśmy się z rozgrywek ligowych. Nie gadaliśmy o niczym innym, tylko o wbitych bramkach, niesprawiedliwych sędziach i poprzednich albo następnych mistrzostwach. W każdej klasie znajdzie się kilku takich...
Nawet inne sprawy zaczęły układać mi sią lepiej. Łatwiej dogadywałem się w klasie, znowu byłem w stanie się uczyć. Chciałem zostać informatykiem, żeby zarabiać dużo i móc jeździć na wszystkie ważniejsze mecze. Miałem więc nawet przed sobą coś w rodzaju przyszłości.
Sam grałem krótko w zespole juniorów naszej dzielnicy, ale musiałem przestać, ze względu na stan zdrowia. Chorowałem często na anginy, a gdy należy się do zespołu, nie wolno chorować. Mecz to jest rzecz święta, cały zespół liczy na ciebie i nikogo nie obchodzą nic twoje głupie migdały. Przestałem grać, ale w duszy pozostałem piłkarzem.
Może w ten sposób uniknąłem odpowiedzialności, ale zachowałem twarz? Może te moje anginy przychodziły jak na zawołanie wtedy, kiedy za mało trenowałem i bałem się, że zawiodę na meczu? Może czułem, że w ogóle nie byłem dość dobry? Nigdy nie biegałem wystarczająco szybko i bałem się bólu, nie podejmowałem konfrontacji – nie widziałem dla siebie miejsca ani w ataku ani w obronie.. Bardziej odpowiedni byłby dla mnie zawód sędziego – może my wszyscy, kibice, marzymy po prostu o nim i jego władzy, i nienawidzimy go tak, jak poddani nienawidzą króla, gdy w skrytości serca pragną zająć jego miejsce?
Sędzia – rodzaj współczesnego tyrana. Nienawidzimy go i szanujemy. Wpatrujemy się w każde drgnienie jego twarzy, próbując przewidzieć następne posunięcie, ogdadnąć jego sympatie i nakryć go na stronniczości lub błędach. Od czasu do czasu kibice robią rewolucję – wiedział o tym już Neron, pozwalając im rozładować się na stadionach. Zamieszki trwają niewiele dłużej, niż mecz, zazwyczaj chodzi o małą niesprawiedliwość, którą łatwo zapomnieć już po kilku godzinach. Adrenalina opada, krzywda zastaje zapomniana, świat wraca do normy.

Ty był przez tyle lat mój świat – od niedzieli do niedzielli, czekanie na mistrzostwa światowe, które zaczynało się w chwili, gdy kończyły się poprzednie. Znałem twarze i nazwiska wszystkich największych z całego świata i tych małych, z trzeciej ligii. Rozumiałem każdy mecz, czułem każdą piłkę, mogłem przewidzieć, gdzie poleci, i czułem też, gdy gra stawała sią nieprzewidywalna, gdy piłka zaczynała żyć swoim niezależnym życiem a na stadionie szykowało się coś niezwyczajnego, czułem to – jak elektryczność w powietrzu przed burzą.
To jest wspaniałe uczucie, jak na rockowym koncercie, kiedy z muzyków leje się pot, tysiące ludzi ryczą ale z głośników wciąż słychać wylewającą się muzykę; jest coraz to inna, lepsza, nowa, bo powstająca w tej właśnie jedynie chwili, i każde „Smoke on the water” czy „Stairway to heaven” jest inne na koncercie w innym mieście, bo do jego powstania dochodzi napięcie w tysiącu sercach fanów w Warszawie, Londynie czy Nowym Jorku. I krew w naszych żyłach na stadionach piłkarskich pulsuje w rytmie, który narzuca nam ona – piłka; nasze gardła krzyczą na jej komendę, ramiona wyrzucają do góry flagi i szaliki; i tak samo, jak wtedy gdy muzyka rockowa zalewa nasze serca, jesteśmy każdy wszystkim a wszystko jest każdym.
... Ale niech tylko ktoś spróbuje zniszczyć świętość tej chwili...

Jestem spokojnym człowiekiem, nigdy się nie biłem w szkole, czy też prawie nigdy, wychowywałem się z dziewczynami, nawet bawiłem sią lalkami i ojciec martwił się, czy wyrosnę normalny. Nie jestem agresywny i nikt nie może mnie oskarżyć o świadome uczynienie komuś krzywdy. Ale są przecież w nas ciemne miejsca, są te momenty, w którym twoje serce zaczyna bić szybciej, na czole występują krople potu, ruchy stają się takie .. sprężyste, palce zaciskają się i otwierają, jakby czegoś szukały, kołyszesz się jak bokser w ringu i twój oddech jest mocno przyspieszony – to adrenalina.To nie ma nic wspólnego z charakterem, z cywilizacją, z chcę i wybieram – to jest chemia, odruch, determinacja. Wstaje w tobie zwierzę, dotychczas tłumione, związane kagańcem nakazów i zakazów – dziesiaj na chwilę pokazuje swój prawdziwy pysk, jest sobą, jest wolne! Wolność! Równość i braterstwo – tego doznajemy na stadionie i kto nie przeżył tego, nie wie naprawdę, czym jest człowiek!

Myśli chwilę, potem włącza radio:

Rajd szalikowców zaczął się po meczu Legii z Wisłą, czyli po godz. 22. O północy tłum opanował plac Zamkowy. Ze staromiejskich lokali uciekli w popłochu ostatni klienci. Grupa bandytów zrzucała z placu Zamkowego kamienie i betonowe kosze na jadące Trasą W-Z tramwaje. Łącznie pseudokibice zdemolowali 63 autobusy i 9 tramwajów. W jednym z wozów wybito nawet dziurę w dachu. Chuligani pobili także kierowcę nocnej linii 604. Zabrało go pogotowie do szpitala na Lindleya. Na szczęście już czuje się dobrze, jak zapewnił Janusz Ciepieńko z Miejskich Zakładów Autobusowych. W niedzielę w zajezdniach trwało szacowanie strat i doraźnie naprawienie autobusów. Jak zapewniają przedstawiciele spółki, w poniedziałek na ulicach nie powinno brakować autobusów, choć niektóre mogą jeszcze nosić ślady zniszczeń.
Dopiero przed godz. 2 rozruchy opanowali policjanci z oddziałów prewencji wyposażeni w hełmy, tarcze i pałki.

Staromiejscy kupcy zastanawiają się, czy nie pozwać klubu Legia lub miasta do sądu. Decyzja zapadnie podczas dzisiejszego spotkania Stowarzyszenia Prywatnych Przedsiębiorców Warszawskiego Traktu Królewskiego.

Turyści ściągający w niedzielę na Starówkę, przystawali w osłupieniu. Zamiast sielskiego widoku odrestaurowanego Starego Miasta zobaczyli pobojowisko.

Właściciele lokali od świtu sprzątali zdemolowane ogródki piwne, wymieniali wybite szyby i szacowali straty. - Wyrwane ogrodzenie, zniszczone parasole, połamane stoły i rattanowe krzesła. Wszystko zrujnowane - rozpaczała Grażyna Zawistowska, właścicielka trzech restauracji - Przy Zamku, Bawarskiej i Staromiejskiej.

Straty obliczali też właściciele sklepu monopolowego przy pl. Bankowym, który o godz. 1 zaatakowali bandyci ciągnący ze stadionu ul. Marszałkowską. Wybili szybę i przez otwór wyciągali wódkę. Sprzedawczyni zaczęła wyszarpywać im z rąk absoluta. Sytuację opanowała dopiero policja wezwana przez ekspedientkę.

Rozmawiam z oburzonymi obywatelami, którzy nie mogą uwierzyć w rozmiar szkód spowodowanych przez do tej pory niestety ciągle jeszcze bezkarnych kibiców.

Dalej komentarze ludzi:

- Wtedy dopiero bedzie wojna...

- Karać jak za naruszenie nietykalnosci cielesnej.
karać adekwatnie do czynu., bez pieprzenia sie z bezmozgami, imbecylami - kibolami.

- Wysokie kary pieniezne i dożywotni zakaz wejscia na stadiony.

- A ja proponuje spałować..

- Jesli gnój jeden z drugim rzuca kamieniem to znaczy że chce zabić. Rozstrzelać cały tłum z którego leci kamień - będzie spokój.

- Precz z piłką nożną - Zaorać stadiony!!! Jak widzę w TV wiadomości sportowe i podnieconych komentatorów i działaczy - to robi mi się niedobrze.
Przecież i tak wszyscy wiedzą, że to jeden wielki wał!
Precz z piłką nożną - precz z kibolami!


Muzyka.

- Rozstrzelać?

Rozstrzelać... Jak wszędzie, są zawsze dwie strony barierki. Są ci, którzy przedzierają się przez nią, rozwalają wszystkie bramki, płyną jak rzeka nie do powstrzymania, burząca się i kotłująca rzeka, choćby na chwilą zalewająca wszystko i unosząca ze sobą. I są ci, którzy te bramki ustawiają, płoty, tamy i granice, chcą bezpieczeństwa, chcą gwarancji, czy też złudy gwarancji, bo nikt nie zapewni nikomu wiecznego bezpieczeństwa, nie da się zaszczepić i ochronić przed agresją. Ona jest w nas, w nas wszystkich.
I ci, którzy stoją w rzędzie po tej stronie barierki czują w gruncie rzeczy to samo, co tamci – nienawiść do wszystkiego, co po drugiej stronie, co wydarło się, nie zaakceptowało praw, poszło na żywioł. Czują strach – ale nie tylko lęk przed tym, że ta ciemna fala zniszczy ich i ich z trudem stawiane znaki i ogrodzenia, lecz że zabierze ich ze sobą i obudzi w ich duszach znowu to, czego się z trudem wyrzekli, i chcą to unieszkodliwić, zniszczyć.
Rozstrzelać.

Po chwili:
Ewa nie lubi piłki. Nie mogłem namówić jej nigdy na oglądanie ze mną meczu, nie mówiąc o pójściu na stadion. Ale nigdy z jej ust nie padło słowo protestu, kiedy wybierałem się do Krakowa czy Warszawy na jakiś ważny mecz, jeździliśmy grupami, to było zorganizowane. Wiedziała, co się dzieje i widziała, w jakim stanie wracam, ale milczała. O, Ewa jest tolerancyjna a poza tym ceni wolność, swoją wolność a to oznacza, że szanuje każdą wolność i podziwiałem ją za to – nie była zazdrosna i zaborcza, jak inne kobiety. Zresztą była mnie pewna, musiała wiedzieć, że jestem jej, prawie bez reszty jej...
Nie zażądała nigdy, abym wyrzekł się piłki. To nie byłoby w stylu Ewy. I chociaż wiem, że odnosiła się z pogardą do tego, co się dzieje na stadionach, traktowała to jako moją słabość, tak jak inni mają luki w zębach albo zwyczaj telefonowania za długo. Ewa kochała mnie i akceptowała mnie po prostu. Ona miała swoje kawy, plotki i łażenie po sklepach a ja mecze, to była nigdy nie wypowiedziana umowa, ale wszystko grało, przynajmniej do wczoraj grało. A potem zacząło się z tymi rozruchami, ja nie brałem w tym w ogóle udziału, ale Ewa była wyjątkowo rozdrażniona, może dlatego, że od dawna chciała mi już to powiedzieć. Dlaczego nie powiedziała mi tego od razu?

Chodzi nerwowo po mieszkaniu, zastanawia się.

- Czy jest możliwe, że rozważała przez chwilę, czy w ogóle mi to powiedzieć? Czyżby brała pod uwagę możliwość usunięcia ciąży?

Ewa musiała czuć, że podziwiam jej siłę, luz i niezależność. Czuła, że dziecko nie należy do mojego planu. Ona też bała się przegrać, nie chciała być zależna od mojej decyzji, bała się, że zranię ją jakąś głupią uwagą i bała się słusznie. Znała mnie i może znała moje ciemne miejsca, bardziej, niż sądziłem.
A może czuła, co stało się wtedy na stadionie i nie pytała, bo nie chciała wiedzieć na pewno? Bo wtedy musiałaby mnie porzucić, zostawić mnie razem z moją ciemną stroną, która podniecała ją czasem i fascynowała, ale która teraz przestawała być tylko niewinnym, ekscytującym wyobrażeniem mężczyzny silnego i zdecydowanego – teraz to wyobrażenie miało wykrzywioną twarz kibola!
Czy Ewa chciałaby mieć dziecko z kibolem?

Wszystkie chcą mieć dziecko z szerokim w ramionach, słodko uśmiechniętym George`m Clooney, lepiej jednak blond, marzenie teściowej, parę kilo mięśni do pchania wózka dziecięcego, elegancja i punktualność, biuro i imieniny teściowej na pierwszym miejscu w notebooku; raz w roku szczepienie i najlepiej, niech nie myśli samodzielnie. Ale kibol, to jest coś, co wymyka się spod kontroli, co drzemie blisko pod skórą cienką jak u rasowego konia: śpi przyczajone jak stary niedźwiedź i nie można go ignorować. Idąc do łóżka z kibolem zabierają tego niedźwiedzia, to jest trochę podniecające ale ten trójkąt to ryzyko, które może się nie opłacić.
Kibol to tatuś, który zapomina o komunii córeczki a w ogóle patrzy na nią jak na dziwne zwierzątko: jego świat jest męski a kobiety pełnią w nim jedynie rolę podobną do tej z filmów reklamowych: więcej męskości równa się więcej podziwu równa się więcej kobiet: pij więc tylko nasze piwo! Pali Marlboro, chociaż wie o aferze z dodawaniem amoniaku, ale facet na plakacie, tęsknie wpatrujący się w horyzont jest męski a rak płuc należy do gry. Nie istnieje pojedyńczo, przemieszcza się w grupach, pozostawiony na chwilę z samym sobą wpada w popłoch, włącza przynajmniej radio czy telewizję. Nie ma wątpliwości, świat jest dwukolorowy i my gramy białymi.

To wszystko musiała we mnie zobaczyć Ewa, to dlatego była ostatnio taka zamyślona. Rzadziej się śmiała i czasem przyglądała mi się, ale jakby mimochodem, jak pasażerowi naprzeciw pod oknem we wspólnym przedziale. Obserwowała mnie, sprawdzała, z kim naprawdę ma do czynienia. Może skończyłem się w jej oczach i już już tylko musiała wyrzucić mnie z boiska? Lecz dała mi żółtą kartkę zamiast czerwonej, dała mi tę ostatnią szansę: powiedziała mi, że postanowiła mieć dziecko i czekała na moją reakcję.

Na co czekała Ewa, zanim powiedziała mi o ciąży? Bo musiała o niej wiedzieć już od wielu dni. Robiła test dwa tygodnie temu, a w zeszłym tygodniuj była u lekarza, i potwierdził to. Jest raczej wykluczone, że obawiała się mojej reakcji. Ewa nie unika nigdy konfrontacji i nie boi się mnie, to raczej ja czasem czuję się nieswojo pod jej uważnym spojrzeniem. Mówiliśmy sobie wszystko.
Czy wszystko? Czy naprawdę wszystko?

Czy chciała wiedzieć, co zdarzyło się wtedy, kiedy wróciłem z podbitym okiem i w podartym ubraniu, nie widziała oczywiście najgorszego, ale plaster rzucał się w oczy i moja podarta kurtka wisiała na wieszaku, obok którego zawiesiła swój płaszcz.
- Było gorąco? – zapytała tylko. – Czy było niebezpiecznie? Czy masz świadomość tego, że się narażasz?
Zaśmiałem się i opowiedziałem jej coś o idiotach, którzy pchali się tak, że wyłamali barierki i poturbowali się nawzajem. Nie chciałem, aby się martwiła, tak tłumaczyłem sobie to, że nie powiedziałem jej całej prawdy. Bo tą częścią prawdy, którą ukryłem, był fakt, że tymi idiotami, którzy przewrócili barierki byliśmy my wszyscy. Ja i moi kumple z autobusu, którym w stałym jak zwykle gronie pojechaliśmy na mecz.

I ukryłem przed nią jeszcze jeden moment – ukryłem go właściwie sam przed sobą, bo nie stało się nic, co wymagałoby spowiedzi czy rozliczenia. Nie, nic się nie stało. Zaatakowaliśmy grupę kibiców przeciwnej drużyny, lub może zostaliśmy zaatakowani, to nie ma większego znaczenia. Na szczęście prędko wkroczyli porządkowi, byliśmy nie na swoim terenie i mogło się dla nas skończyć naprawdę źle. Ale przez chwilę było prawdziwe naparzanie i oberwałem w łuk brwiowy, niektórzy z tamtych mieli kastety i krew polała się natychmiast, bolało, ale nie zwracałem na to uwagi, byłem w transie. My też mieliśmy kastety. Mieliśmy łańcuchy, butelki, wąskie noże, ukryte w ubraniu, deski w ławkach i słupki w ziemi. Nie noszę kastetów ani noży, ćwiczyłem trochę karate, to na ogół wystarcza, ale teraz moje ręce szukały czegoś gorączkowo, rozglądałem się dookoła poprzez krew zalewającą mi oczy i znalazłem: razem z kilkoma rozerwaliśmy barierkę na kawałki a mnie dostał się metalowy słupek, który nadzwyczaj łatwo udało mi się wyrwać z ziemi, a na jego końcu tkwił ciężkai kawałek betonu.
Podniosłem go. To była maczuga. Byłem uzbrojony i to było dobre uczucie.

Pojawiło się nagle mnóstwo porządkowych i policja, i opuściłem broń. Upuściłem słupek na ziemię i wycofałem się do tyłu, tłum rozdzielił mnie od faceta, którego twarz zdążyłem zapamiętać przez ten krótki moment, kiedy wznosiłem moją maczugę nad jego głową.
Był szczupły i w moim wieku. Mrużył oczy, był pewnie krótkowidzem i nie nosił okularów, ale mimo tego zobaczył słupek i mnie, i widziałem, że czuł, co nadchodzi.

Podchodzi do okna i stoi dłuższą chwilę, milcząc.

- Nie mówiłem jej o tym. Nie miała szansy tego zrozumieć. Są momenty, w których każdy jest zdolny do wszystkiego, ale tego nie wie się wcześniej. Nie wie się o sobie wszystkiego, dopóki przypadek nie popchnie nas jak nagły wiatr piłkę nieprzewidzianym wcześniej torem.
Chociaż myślałem, że wiem o sobie tyle. Wiedziałem, jak kradnie się z portmonetki i jak wymusza się seks, jak odrzuca się swój kolejny kawałek życiorysu. Wkłada koszulę i krawat i przybiera maskę, jak opowiada się nie swoje życie i jak zapomina się własne. Jak można wyprzeć się ojca, który jest pijakiem i wytłumaczyć sobie, że z tą śmieszną, do kury podobną kobietą w loczkach łączy nas tylko nieporozumienie sali porodowej. Nauczyłem się, jak łamie się wszystkie tabu - oprócz jednego. O samym życiu wiedziałem za mało, o jego dawaniu i zabieraniu.

Wtedy tam, na stadionie, gwizdki policji przerwały moją krwawą grę i moja maczuga nie uderzyła w głowę tego chłopaka. Słupek upadł na ziemię, wmieszałem się w tłum, który mnie wchłonął i ochronił, byłem jego częścią, byłem taki sam, bezpieczny i po prostu jeden z nas. Policja zabrała kilku naszych i kilku tamtych, mecz toczył się dalej, nikt nie zaczepił mnie, stałem, krzyczałem razem ze wszystkimi, gdy padały bramki i machałem moim szalikiem. Krew zasychała mi na twarzy i było prawie tak, jak zwykle. Ale nie pamiętam wyniku.

Było już we mnie coś, co od tej pory stało się moim nieodłącznym jak cień, alternatywnym mną – był we mnie potencjalny morderca.
Budził się ze mną rano przed budzikiem i leżał długo, wpatrując się w sufit. Miał zaburzenia snu i brak apetytu. Jego popęd seksualny był zwiększony, lecz sposób, w jaki uprawiał seks, był gorączkowy, jakby powrócił znów do okresu dojrzewania, wtlulał się w kobietę, jak mały chłopiec w poduszkę. Wyznawał miłość zbyt często i oddalał się po chwili, chociaż nieszczęśliwy z powodu dystansu tkwił tam daleko, samotny, odepchnięty przez samego siebie i nie rozumiany przez nikogo.

Ewa musiała widzieć, co się ze mną dzieje, ale nigdy mnie o to nie zapytała. Pytała tylko tak, jak się pyta – „O czym myślisz?” – „ O niczym.” – odpowiadałem tak, jak się odpowiada. Czasem najbezpieczniej było pójść po prostu do łóżka i wtedy dodawałem jeszcze: „ O tobie.”

Mamy te nasze małe kłamstwa, lecz gdyby ich nie było, uciekalibyśmy od siebie pewnie nawzajem sobą przerażeni.
Miłość jest krzywym, przypadkowym torem odbijanej piłki, niczym więcej. Jeśli mamy szczęście, udaje nam się ją zatrzymać długo po naszej stronie. Każdy gra dla siebie i Ewa grała też dla siebie.
Pamiętam, gdy to powiedziała – tak chłodno i spokojnie, przyglądając mi się z uwagą, jakby nie znała mnie dobrze i musiała ocenić, kim jestem właściwie; więc z tą nagłą i nie do pominięcia obcością w spojrzeniu:
„Zdecydowałam się.” I potem, widząc moje wzburzenie: „Czy ty mnie kiedykolwiek pytałeś? Czy ciebie cokolwiek obchodziło? Widziałeś, że biorę pigułki – co to znaczy, myślałeś? Czy raz, jeden jedyny raz zapytałeś? Mogłam brać witaminy.”

„ – Nie, nie zapytałem. Tak, mogłaś brać witaminy.”–odpowiedziałem, bardzo powoli.

O, miała właściwie rację – myślałem, że powinna dbać sama o to i kochając się z nią byłem przekonany, że ona tak samo jak i ja chce tylko mnie, tak jak ja chciałem być z nią, kochać tylko ją i nie dzielić jej nigdy z nikim; dziecko nie było nam do niczego potrzebne – mnie nie było do niczego potrzebne.

A może nie myślałem o nim nigdy, bo moja miłość była doskonała, nie potrzebowała już niczego, każdy nowy, obcy bodziec mógł ją już tylko zakłócić. To nie mijało, jeszcze po trzech latach byłem nią zafascynowany tak mocno, jak na początku, czułem z daleka jej obecność, nawet, jeśli jej jeszcze nie widziałem, rozpoznawałem jej ruchy w przestrzeni, jakby świat rozstępował się przed nią z ledwo słyszalnym, pełnym podziwu westchnieniem, odurzał mnie jej delikatny zapach, nie mogłem oderwać od niej oczu, każdy ruch jej warg, gdy mówiła do mnie, był ważny, śledziłem kołysanie jej bioder, gdy szła przede mną, kochałem sposób, w jaki przytulała głowę do ramiena, gdy podnosiła je, aby namydlić sobie pachę i ruch, jakim zrzucała po przyjściu do domu buty na wysokim obcasie, prostując zmęczone stopy, cień rzęs na jej policzkach budził moją czułość. Jej czoło jest wysokie, ma duże oczy ocienione długimi rzęsami i wygięte ku górze kąciki ust, jej twarz ma cechy dziecka i oprócz kobiety kochałem dziecko w Ewie, to była pełnia - nic więcej nie było nam potrzebne, moja miłość była doskonała.
Kochałem ją bardziej, niż piłkę.

I nigdy przecież nie odmówiłem jej niczego, nigdy też nie wycofywałem się z żadnej odpowiedzialności, myślałem o niej ciągle, nie zapominałem też o kwiatach i innych drobnych a ważnych sprawach, które kobiety tak lubią – dlaczego więc tak wyłączyła mnie ze swojego życia? Odcięła się ode mnie, potraktowała jak obcego, jak pętaka?
„Zdecydowałam się” – powiedziała. Było więc w niej coś, co nie mieściło się w granicach „my”. To było coś, do czego prawo Ewa wzięła sobie sama, miejsce w jej życiu, gdzie ja nie byłem przewidziany, to była inna Ewa – i poczułem, że jest to odpowiedź na moją drugą twarz. Tej, której znać właściwie nie chciała.
A jeśli ona przez cały ten czas myślała zupełnie co innego, planowała coś beze mnie, odczuwała coś, do czego nie miałem dostępu - to nie była moją Ewą, którą kochałem, moją dziką, zmysłową, myślącą tylko o mnie, pragnącą tylko mnie kobietą – nie, nagle stała sią obcą, chłodną, kalkulującą dni płodne, wykluczającą mnie z prawa decyzji i ze swojego życia kobietą, której nie znałem.
A ona, mimo że widziała, co się ze mną dzieje, nie próbowała mnie uspokoić, wytłumaczyć się – nie, tylko patrzyła na mnie nadal jak na obcego. I potem, ostatnie uderzenie: „ To nie jest twoja sprawa.”
Przez głowę przetaczały mi się szumiące fale rozczarowania i wściekłości; to zostało powiedziane, było jednoznaczne, nie można było nic zrobić, te słowa dźwięczały mi w głowie a moje policzki były gorące i czułem tętno w uszach: „Nie twoja sprawa” – to był faul, nawet, jeśli miała rację, że nie zapytałem, bo byłem zbyt leniwy, aby się tym zajmować, lub bałem się konfrontacji, albo myślałem naprawdę – nie moja sprawa.

To było uderzenie poniżej pasa i bolało, zatkało mi dech i odebrało mowę. Patrzyłem na nią nie rozumiejąc z początku, aż dotarło do mnie to, co powiedziała: „nie twoja sprawa”.

I powstał we mnie krzyk, jak wielki ryk zranionego zwierzęcia, i zacząłem wykrzykiwać bezładnie te wszystkie zarzuty a moje dłonie zaciskały się w pięści, i nagle poczułem, że szukają jakiegoś przedmiotu – moje ręce szukały słupka!

Wtedy Ewa zobaczyła to także – jej zielone oczy zwęziły się, patrzyła na moje białe, zaciśnięte spastycznie palce i śledziła bezładne ruchy rąk - a potem popatrzyła mi w oczy, ale patrzyła na mnie bez lęku i tylko jej głos był matowy i pełen pogardy:
„- Kibol!”– rzuciła mi w twarz. A potem odwróciła się i wyszła.

A ja zostałem z tym słupkiem w dłoni, z tą całą niewykrzyczaną i gotującą się nienawiścią, moje ręce dygotały i wciąż oddychałem szybko, ale powoli zaczęło zalewać mnie straszne zimno, jak lodowata woda z armatek wodnych. I był to strach, że jej więcej nie zobaczę, że oto skończyła się miłość mojego życia, odeszła ode mnie kobieta, którą kochałem bardziej, niż cokolwiek na świecie – sfaulowała mnie i odeszła.

Ale potem moja nienawiść i ból wyciszyły się i zamieniły w irracjonalną tęsknotę. Choć Ewa wyszła dopiero z mojego mieszkania, czułem taką pustkę, jakbym nie widział jej od miesięcy. Ta ogarniająca mnie i obezwładniająca tęsknota była tak silna, że upadłem na łóżko i jak mały chłopiec zaklinałem w myślach Ewę: powtarzałem „Wróć! Wróć w tej chwili, wróć, jeżeli mnie kochasz!”, tak, jak kiedyś zaklinałem ojca, gdy zatrzasnęły się za nim drzwi; jak błagałem matkę, gdy wychodziła codziennie wieczorem i zostawiała mnie samego – „Wróć, jeśli mnie kochasz!”, ale nic nie drgnęło, nie ruszyło się w mieszkaniu, słyszałem tylko bicie mojego serca – jak wtedy byłem sam, wiedziałem, że moje wołanie nie ma sensu, żadne z nich nie wróciło do mnie i wiedziałem, że i Ewa nie wróci, a po moich policzkach, jak wtedy spływały ciepłe łzy i wstydziłem się ich sam przed sobą – jak wtedy.

I myślałem gorączkowo, że aby ją zatrzymać, aby przywiązać ją do mnie, potrzebna jest moja decyzja – nie, nie decyzja właśnie, lecz przegrana; mam wyrazić zgodę na coś, czego nigdy nie chciałem. Nie brałem nawet pod uwagę takiej ewentualności, nie byłem, jak inni mężczyźni owładnięty myślą o przedłużeniu samego siebie, zwielokrotnieniu się w postaci syna – nie, ten temat urwał się w moim życiu gdzieś w zamierzchłych czasach, może tej niedzieli, gdy ojciec pakował swoją brązową, skórzaną walizkę, pachnącą jeszcze morzem z ostatnich wspólnych szczęśliwych wakacji, wydawało mi się, że widzę na jej dnie piasek z plaży w Malij Losnij. Wkładał do niej sztywne, równo złożone koszule, powoli i metodycznie, a jego szczęki drgały; nie mówił ani słowa i ja też nie wiedziałem, co powiedzieć, stałem w drzwiach pokoju i bałem się okropnie, a mamy nie było. Nie było jej!

Chowa głowę w ramionach.

Więc może to wtedy, tego pustego, niedzielnego przedpołudnia została na zawsze zniszczona, zanim jeszcze się urodziła moja myśl o dziecku, może dlatego...

A może to tylko taka gra? - myślałem z nadzieją, patrząc na ojca - gra w pakowanie walizki. Jak gra w chowanego, jak system kar i nagród, te wszystkie systemy utrzymywania w szachu: „ mamusia zostawi cię, kotku, jeśli nie będziesz grzeczny”, „ przyjdzie Baba Jaga i zabierze cię w worku do lasu”, to cofanie miłości, odbijanie piłki, liczenie punktów. Zamykanie za karę w pokoju.
Ale ta gra nie miała szczęśliwego zakończenia, kiedy drzwi od pokoju dziecięcego otwierają się, nadchodzi pora podwieczorku i dostajesz kakao, jak co dzień. W tej grze przegrani byliśmy wszyscy już od samego początku.

Może dlatego później nie umiałem inaczej, bo tak było od zawsze, odkąd pamiętam. Nikt nie mówił nigdy, co myśli, a jeśli mówił, zostawał szybko ukarany. Suksces to było bycie lepszym, szybszym i umiejętność uprzedzania ruchów przeciwnika. Zaczynało się już od tempa, z jakim matka wsuwała łyżeczkę z kaszką do moich ust i mojego rozczarowania, że znowu dałem się nabrać na ten samolot. Później sukces polegał na zręcznym ułożeniu kłamstw w życiorysie aby dostać pracę, której się nie lubi, za pieniędze, które sprawiają, że zawsze czujesz się gorszy. Przegrana jest wtedy, kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami i nie jesteś już częścią naszej drużyny.
A jeśli nie jesteś już „ my” – to kim jesteś? Jesteś tym zostawionym w ciemnym pokoju, tym, którego nigdy nie wybierze Ulijanka, tym, który nie wyjedzie już nigdy na wakacje z rodziną, bo nie ma już rodziny, są tylko małe kawałeczki, które do siebie nie pasują. Próbujesz je poskładać, starasz się znaleźć swoje nowe miejsce w tej zabawie, ale twoja nieufna mina i brak wiary w dobre zakończenie sprawiają, że stajesz się również tym, który pozostaje, gdy z nieparzystej liczby graczy wybierane są dwie drużyny. Jeżeli jesteś dostatecznie sprytny, zostajesz przynajmniej kibicem.
Bo tak naprawdę kibol to ktoś, kto oddał duszę za złudzenie przynależności, tęskni wiecznie, ale jego tęsknota nie ma nic wspólnego z miłością - to krzyk małego chłopca biegnącego w popłochu za stadem; jego krótkie nóżki nie nadążają a po obu stronach drogi rośnie straszny las samotności. Rozgląda się z przerażeniem dookoła, szuka czyjejś ręki, ale nie znajduje, widzi przed sobą tylko miarowo podnoszące się pięty i niknące w oddali sylwetki.

Milczy chwilę, potem chodzi po pokoju, zatrzymuje się przed lustrem, przygląda się sobie. Odwraca się.

Dziecko to była moja szansa ale ja tego nie zrozumiałem. Moje ręce... ( ogląda je )

Zagrałem szybko, wyłapałem uderzenie, nie, nie można mi zarzucić braku refleksu; w rozpaczliwej obronie odrzuciłem dziecko zgrabnie daleko poza linię boiska.
Gwiżdże na palcach i krzyczy:
Aut!
Zostało tam, leży, nikt się po nie nie schyli, gra skończona, sędzia odgwizdał.
Jeśli byłaby to dziewczynka, mała dziewczynka z długimi włosami, jak Ewa, poszłaby sama do komunii, może z asystą cioć i przyjaciółek mamy, mała królewna w białej sukience, do końca rozglądająca się i szukająca mnie, który nie przyjdę. Powinna patrzeć pod nogi, jest błoto, ubrudzi sobie buciki i sukienkę... Może nowy facet mamusi schyli się, napluje na chusteczkę i wyczyści białe lakierki. Może kupi jej też komputer.

Jeśli byłby to chłopiec, dowiedziałby się wcześnie, że jego poprzedni tauś był kibicem, odpowiednio wcześnie, aby spędzić całe dzieciństwo ze wzrokiem wbitym w telewizor, czekając od niedzieli do niedzieli, ukrywając na dnie szuflady troskliwie przechowywane relikwie – bilety z tych nielicznych meczów, na które poszlibyśmy razem. Ten chłopiec w tłumie biegłby zawsze razem z innymi, byle tylko nie zostać z tyłu, rozpaczliwie szukając czyjejś ręki. Ręki, której nie ma.

Po dłuższej chwili wyjmuje komórkę, siada na łóżku, wybiera numer. Trzyma słuchawkę długo przy uchu, nikt się nie zgłasza.


Cienko, drżącym głosem dziecka:

Stary niedźwiedź mocno śpi
Stary niedźwiedź mocno śpi
My się go boimy, lecz go nie zbudzimy
Jak się zbudzi, to nas zje
Jak się zbudzi, to nas zje...



Odkłada komórkę, Opiera łokcie na kolanach, chowa twarz w rękach. Światło gaśnie.


K o n i e c


opisy wydarzen zwiazanych z Legia pochodza z gw...

Enjoy!

_________________
nic na potem


Powrót do góry
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 1 ] 



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB
Forum style by Vjacheslav Trushkin and modified by zin.